Otóż moja miłość do dogów zaczęła się w dniu, w którym mój przyszły ojczym zapowiedział się z wizytą w naszym domu. Powiedział, że wpadnie z przyjacielem. Miałam wtedy 11 lat. Obie z siostrą, wówczas 9-cioletnią ubrane w najładniejsze sukienki z ciekawością wyczekiwałyśmy na gości a zwłaszcza na tego tajemniczego przyjaciela. W końcu przyszli... Jak się zapewne domyślacie tym przyjacielem był dog, Przepiękny, czarny, dostojny facet. Swoją osobą wypełnił cały pokój a my byłyśmy już stracone dla świata. Aro, bo tak miał na imię sprawił, że gdzieś głęboko w sercu obiecałam sobie, że będę miała kiedyś takiego psa. Nie zamieszkał z nami, jako że okazało się, że już wtedy był ciężko chory na raka i wkrótce zmarł.
Przez wiele lat w domu zawsze był pies ale nigdy dog. No cóż, rodzice godzili się tylko na małe pieski, które zjadają normalne ilości jedzenia:)), nie są tak silne i w ogóle sprawiają mało problemów. A ja sobie tylko powtarzałam, że jak skończę 18 lat to ja im wszystkim pokażę (ach, to mylne przekonanie, że wraz z pełnoletnością wszystko magicznie ulega zmianie!)
Czas płynął a ja dojrzewałam do sprowadzenia do swojego domu wymarzonego doga. Kiedy wracam myślami do tych dni zdaję sobie sprawę z nieodpowiedzialności mojego zachowania, na usprawiedliwienie którego mogę tylko powiedzieć, że pokładałam ufność w mojej mamie i wierzyłam, że w przeciwieństwie do mnie ona zachowa się na piątkę. Nic nikomu nie mówiąc pojechałam do hodowczyni, u której został do sprzedania już tylko jeden mały dog. Była to 8-tygodniowa czarna suczka, moja Penny, córka Kinga Kacpra Tatradoga i Junony z Halinowskiego Sadu. Moja Penny...
Wzięłam ją w ramiona i... przywiozłam do domu. A tam czekała na mnie zasłużona awantura. Byłam gotowa zamieszkać z psem pod mostem jak się nie zgodzą jej zatrzymać, takie pomysły może mieć tylko zdesperowana 20-latka. Nie musiałam na szczęście iść mieszkać pod ten słynny w moim domu most, jako że moja mama po koszmarnym zmyciu mi głowy zaraz się zakręciła, żeby Penusia miała co zjeść i gdzie odpocząć.
I zaczęło się moje poznawanie dożego świata, charakteru, zwyczajów, tego charakterystycznego dożego siadania na kolanach, faflunienia wszystkiego dokoła i czynienia świata lepszym samą swoją obecnością w życiu człowieka. To z tego okresu pochodzą moje najtrwalsze doże znajomości, które sobie ogromnie cenię. Zaczęłam uczęszczać na kurs asystentów w sekcji doga niemieckiego i stawiać pierwsze kroki z moją Penny na ringach wystawowych. Penny żyła bardzo długo, ponad 11 lat, była okazem zdrowia i osobą, na punkcie której zwariowali wszyscy domownicy. Na marginesie dodam, że była pełną gębą suką mojej mamy... Wyrobiłam w sobie przekonanie, że to najzdrowsza na świecie rasa, bo poza gronkowcem, z którym walczyłyśmy sezonowo i ze sporym sukcesem nie imały się mojej Penny żadne choroby. Niestety późniejsze lata zmieniły to moje przekonanie.
Kiedy po tak wielu latach wspólnie przeżytych odchodzi od nas ktoś tak bardzo kochany, robi się wokół człowieka nagle pusto. Jest rozpacz, przychodzi załamanie, ciężko jest się z tym elementem przemijania pogodzić. Teraz po latach racjonalizując trochę śmierć Penny muszę stwierdzić, że kiedy odchodzi naprawdę wiekowy pies, który radośnie i ciekawie przeżył swoje długie życie powinno się łagodniej przechodzić okres żałoby. Wszak naszym wspólnym kresem jest śmierć i jeśli przychodzi ona po długim, dobrym życiu nie powinna tak boleć. Choć boli...
|
|
PENNY
29.09.1989 - 05.12.2000
o. KING KACPER Tatra Dog m. JUNONA z Halinowskiego Sadu |
||
|
|
|
|
|
Pół roku później zaczęłyśmy nieśmiało przebąkiwać, że może by tak zapełnić nasz dom dożą obecnością. Ale jeśli tak to tylko suczka i do tego czarna, koniecznie. A tu jak na złość nigdzie nie ma suczek czarnych... Nie wiem jak to się stało, że dałam się wywieźć do dalekiego Koszalina, jak to się stało, że zamiast suczki przywiozłam czarnego pieska ale tak właśnie było. To sile perswazji Alicji zawdzięczam głęboko we mnie teraz zakorzenione przekonanie, że nie ma to jak samiec doga. Może to kwestia różnicy płci, w każdym razie w samcach odkryłam naprawdę pokrewną duszę. Okres, w którym był z nami Szaman był najpiękniejszym czasem w moim życiu...i najkrótszym. Co można napisać o szczenięciu w wieku kilku miesięcy, które sprawiło, że radość zamieszkała w domu, które niosło mnie jak na skrzydłach do tego domu po pracy, które cieszyło psotami i ukochiwało po chwilach rozłąki????? Mały miał 6 m-cy i 22 dni kiedy umarł.
|
|
LE GRAND Arhus
01.05.2001 - 22.11.2001
o. BRUTUS-N m. LAURA Baronowie Pomorza |
|
|
|
|
|
Potem zamieszkał z nami Torres, mój ukochany Torres, o którym wciąż nie mogę pisać, bo za dużo jest we mnie gniewu, krzyku i niezgody na okoliczności związane z jego śmiercią. Od tego czasu moim marzeniem jest spotkanie lekarza weterynarii o genialnych umiejętnościach zawodowych. Nie marzę wcale o domu z basenem, podróżach i kupie kasy ale właśnie o vecie geniuszu. Nie umiem pisać o Torresie, bo był kimś dla mnie wyjątkowym i nie potrafię ubrać tej jego wyjątkowości w słowa. Może kiedyś...
Po latach wciąż się jeszcze od dogów i o dogach uczę, wciąż jestem ich ciekawa ale też i bardziej świadoma jak bardzo wymagająca to rasa. Godzę się powoli z faktem, na jak wiele chorób są narażone, staram się być czujna i zapobiegliwa ale wiem, że nie zawsze mogę wszystko. Ich obecność w moim życiu sprawia, że warto jest się cieszyć, kochać i po prostu być. No i mam wrażenie, że dzięki ich oszałamiającej urodzie i ja czasem bywam ładniejsza :))

